Przejdź do głównej zawartości

8 (19) - Robbie

Gdy Rob jest w szkole, a Rena w pracy, ja jadę do Taylor po swoje rzeczy. Najwyższy czas zakończyć tą toksyczną relację raz na zawsze. Wchodzę po cichu do domu i zaczynam pakować swoje rzeczy.
- A jednak... Odchodzisz do niej... - Tay staje za mną i teatralnie ciągnąc nosem.
- Kocham ją, mam z nią syna... Tam jest moje miejsce. - wstaję i odwracam się do niej twarzą. - Zawsze byłaś moją przyjaciółką i nie potrzebnie dawałem Ci zbędne nadzieję. - chwytam jej dłonie w swoje. - Przepraszam, jeśli czujesz się oszukana. Naprawdę przepraszam. Chciałem jako dobry kumpel Ci pomóc, ale chyba wszystko skopałem. Rena wybaczyła mi wszystko, całe dziesięć lat. A Ty wybaczysz? - spogląda jej prosto w oczy.
- To nie takie proste. - wyrywa się i odwraca. - Okay, źle Cię odebrałam, to tylko mój problem. Ale proszę, nie zostawiaj mnie. Sama nie dam rady, wiesz o tym. - podnosi na mnie wzrok. - Gdybym tylko miała przy sobie kogoś... Było by zupełnie inaczej. - dodaje i siada na brzegu łóżka. - Justin już raczej nigdy nie wróci, a tak to nie mam nikogo. Chyba wiesz jak to jest być samotnym?
- Doskonale Cię rozumiem, dlatego chcę zakończyć te wszystkie spory. - siadam obok niej i obejmuję ramieniem. - Jeśli pozwolisz odejdę do rodziny, a u Ciebie będę, gdybyś bardzo mnie potrzebowała. - oznajmiam. To słuszna decyzja. - Ale mam jeden warunek. Spróbujesz dogadać się z Reną, dobrze? Chcę, aby moja przyszła żona i najlepsza przyjaciółka nie kłóciły się.
- Dobrze. Dziękuję, że tak do tego podchodzisz. - cmoka mnie w polik i wstaje.
Przy pomocy Palumbo pakowanie zajmuje mniej czasu, więc zdążam także się rozpakować w domu Lovelis,  przygotować posiłek i odebrać syna.

- I jak tam z Taylor? - pyta Rena od wejścia.
- Jest dobrze. Dogadaliśmy się jak cywilizowani ludzie. Obyło się bez wyzwisk czy rzucania czym popadnie. - odpowiadam i nakładam jej na talerz wegański posiłek.
- Dziękuję. - bierze ode mnie jedzenie i siada do stołu. - Nie sądziłam, że pójdzie na ugodę. A jednak. - mówi, jednocześnie jedząc.
- Ja też nie... Ale tak jest lepiej. Mam rację? - chwyta moją dłoń leżącą na stole.
- Tak. Jak zwykle. - muska moje usta i uśmiecha się szczerze.
- Byłaś ostatnio w sklepie? - zmieniam temat. - Wiesz... Koło jubilera... Mieli taki cudowny pierścionek na wystawie... - zaczynam tajemniczo, wyciągając z kieszeni pudełeczko.
- Nie mam czasu, wiesz o tym dobrze. - odpiera, a ja padam przed nią na kolano.
- To nawet lepiej. Przynajmniej jest niespodzianka. - rzucam żartobliwie i pokazuję jej pierścionek. - Wyjdziesz za mnie, Pyreno Lucrezio Morze Enea? - zadaję najważniejsze w życiu pytanie.
- Zgódź się! - Rob kuka do kuchni.
- Robbie i Rena Picker... Jak pięknie to brzmi... - wzdycha cicho. - Jeśli tak ma być po ślubie, to ja się zgadzam. - rzuca mi się na szyję i namiętnie całuję.
Ubieram pierścionek na jej palec, cmokam w dłoń i przytulam mocno. Wstaję z nią z podłogi i okręcam kółka razy. Jestem tak bardzo szczęśliwy... Od teraz jest tylko moja. 

Komentarze

  1. Brzmi wspaniale, ale czy to pomału koniec...
    Pozdrawiam i czekam na next.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz