Gdy Rob jest w szkole, a Rena w pracy, ja jadę do Taylor po swoje
rzeczy. Najwyższy czas zakończyć tą toksyczną relację raz na zawsze. Wchodzę po
cichu do domu i zaczynam pakować swoje rzeczy.
- A jednak... Odchodzisz do niej... - Tay staje za mną i teatralnie
ciągnąc nosem.
- Kocham ją, mam z nią syna... Tam jest moje miejsce. - wstaję i
odwracam się do niej twarzą. - Zawsze byłaś moją przyjaciółką i nie potrzebnie
dawałem Ci zbędne nadzieję. - chwytam jej dłonie w swoje. - Przepraszam, jeśli
czujesz się oszukana. Naprawdę przepraszam. Chciałem jako dobry kumpel Ci
pomóc, ale chyba wszystko skopałem. Rena wybaczyła mi wszystko, całe dziesięć
lat. A Ty wybaczysz? - spogląda jej prosto w oczy.
- To nie takie proste. - wyrywa się i odwraca. - Okay, źle Cię odebrałam,
to tylko mój problem. Ale proszę, nie zostawiaj mnie. Sama nie dam rady, wiesz
o tym. - podnosi na mnie wzrok. - Gdybym tylko miała przy sobie kogoś... Było
by zupełnie inaczej. - dodaje i siada na brzegu łóżka. - Justin już raczej
nigdy nie wróci, a tak to nie mam nikogo. Chyba wiesz jak to jest być samotnym?
- Doskonale Cię rozumiem, dlatego chcę zakończyć te wszystkie spory. -
siadam obok niej i obejmuję ramieniem. - Jeśli pozwolisz odejdę do rodziny, a u
Ciebie będę, gdybyś bardzo mnie potrzebowała. - oznajmiam. To słuszna decyzja.
- Ale mam jeden warunek. Spróbujesz dogadać się z Reną, dobrze? Chcę, aby moja
przyszła żona i najlepsza przyjaciółka nie kłóciły się.
- Dobrze. Dziękuję, że tak do tego podchodzisz. - cmoka mnie w polik i
wstaje.
Przy pomocy Palumbo pakowanie zajmuje mniej czasu, więc zdążam także
się rozpakować w domu Lovelis,
przygotować posiłek i odebrać syna.
- I jak tam z Taylor? - pyta Rena od wejścia.
- Jest dobrze. Dogadaliśmy się jak cywilizowani ludzie. Obyło się bez
wyzwisk czy rzucania czym popadnie. - odpowiadam i nakładam jej na talerz
wegański posiłek.
- Dziękuję. - bierze ode mnie jedzenie i siada do stołu. - Nie
sądziłam, że pójdzie na ugodę. A jednak. - mówi, jednocześnie jedząc.
- Ja też nie... Ale tak jest lepiej. Mam rację? - chwyta moją dłoń
leżącą na stole.
- Tak. Jak zwykle. - muska moje usta i uśmiecha się szczerze.
- Byłaś ostatnio w sklepie? - zmieniam temat. - Wiesz... Koło
jubilera... Mieli taki cudowny pierścionek na wystawie... - zaczynam
tajemniczo, wyciągając z kieszeni pudełeczko.
- Nie mam czasu, wiesz o tym dobrze. - odpiera, a ja padam przed nią
na kolano.
- To nawet lepiej. Przynajmniej jest niespodzianka. - rzucam
żartobliwie i pokazuję jej pierścionek. - Wyjdziesz za mnie, Pyreno Lucrezio Morze
Enea? - zadaję najważniejsze w życiu pytanie.
- Zgódź się! - Rob kuka do kuchni.
- Robbie i Rena Picker... Jak pięknie to brzmi... - wzdycha cicho. -
Jeśli tak ma być po ślubie, to ja się zgadzam. - rzuca mi się na szyję i
namiętnie całuję.
Ubieram pierścionek na jej palec, cmokam w dłoń i przytulam mocno.
Wstaję z nią z podłogi i okręcam kółka razy. Jestem tak bardzo szczęśliwy... Od
teraz jest tylko moja.
Brzmi wspaniale, ale czy to pomału koniec...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na next.