Budzę się w nie swoim łóżku, a Rena leży na moim torsie. Całuję ją w
czoło i delikatnie układam na poduszkach. Ubieram się i schodzę do kuchni.
Szykuję synowi kanapki do szkoły i śniadanie dla naszej trójki. Niech chociaż
raz Rena się wyśpi i odpocznie. Gdy wszystko jest gotowe idę do młodego do
pokoju i delikatnie go budzę.
- Wstawaj, bo się spóźnisz. - mówię, zabierając mu kołdrę.
- Jeszcze chwilę. - burczy pod nosem, odwracając się tyłem do mnie.
- Jest po siódmej. Wstawaj. Czekam w kuchni z pysznym kakao. - rzucam
i wychodzę.
Siadam przy stole i zaczynam jeść swoją porcję. Mój telefon znów się
podświetla, więc sprawdzam co to za powiadomienie.
Nowa wiadomość od: Taylor.
Kasuję ją jak poprzednie 20, czyszczę rejestr połączeń i wyłączam
komórkę. Chcę się teraz skupić na tej prawdziwej rodzinie.
- O Robbie. Zrobiłeś śniadanie? - zaskoczona, nieco zaspana Rena w
szlafroku, wchodzi do kuchni.
- Dla Ciebie wszystko. Będę się o nas starał. - wstaję i całuję ją
czule w usta.
W tym momencie Rob pojawia się w kuchni i szczerze uśmiecha.
- Awww. W końcu kogoś masz, mamo. - przytula się do jej pleców. -
Dobrze, że jesteś. - spogląda na mnie wesoły. - Przynajmniej mama nie będzie
płakać przez mojego ojca. Porzucił nas, nawet o mnie nie wiedząc. Mam nadzieję,
że już nigdy nie wróci. To totalny
c**j. - dodaje, a ja odwracam wzrok.
Mówi to o mnie.
- Rob! Nie używaj takich słów! Są brzydkie! - Lovelis podnosi ton.
Dyscyplina to podstawa.
- Ale ciocia Nia tak o nim mówi. - młody próbuje się bronić.
- To ja już sobie z ciocią pogadam. - oznajmia stanowczo i siada przy
stole.
Po posiłku Rena odwozi go do szkoły, a ja wracam do swojego domu.
- Gdzie byłeś? - pyta od wejścia Taylor.
- Co Cię to obchodzi? - odburkuję i siadam w salonie.
- Byłeś u niej! - podnosi na mnie głos. - Byłeś u Reny! Ty...! - rzuca
się na mnie z pięściami. - Zawsze wiedziałam, że coś do niej czujesz! Jesteś
c***em! Świnią! - wyzywa mnie od najgorszych.
- Dość! To moje życie! - uderza ją z otwartej dłoni w policzek.
- Potwór z Ciebie! Uderzyć kobietę! - zaciska ręce ze złości i kopie
mnie po kostkach.
- Odchodzę! - ruszam na piętro, a ona za mną.
- Nie odejdziesz do niej! Nie pozwolę na to! - krzyczy, szarpiąc swoje
włosy. - Zabiję ją! Zabiję! - dodaje i wybiega z domu.
Przerażony chwytam za telefon i dzwonię do Reny.
- Uważaj skarbie. - mówię jej, gdy tylko odbiera.
- Na co? Co się dzieje? - pyta przejęta.
- Taylor wpadła w złość. Chodzi o Ciebie. Uważaj, proszę. - błagam ją,
powstrzymując łzy.
Zależy mi na niej jak na nikim innym.
- Nie martw się o mnie. Umiem się obronić. - uspokaja mnie i rozłącza
się.
Siadam oparty o ścianę w sypialni i próbuję się uspokoić. Wdech,
wydech... I tak w kółko dopóki nie wraca Tay.
- I co!? Zostajesz!? - pyta, chwytając stojący na szafce wazon.
- Nigdy. Chciałem tylko oddać klucze i za godzinę mnie nie będzie. -
odpieram i podnoszę nieco, gdy wazon rozbija się o ścianę nad moją głową. -
Oszalałaś. Chyba bez psychiatryka się nie obejdzie. - stwierdzam i wracam do
pakowania się.
Palumbo cały czas stoi nade mną, bawiąc się jednym z odłamków.
- A może lepiej będzie zabić Ciebie…? Wtedy ani ona ani nikt inny nie
będzie Cię miał, a Ty nie będziesz już więcej na mnie krzyczał czy używał
przemocy… - zaczyna mówić, wpatrując się we mnie.
- Proszę. Zrób to jeśli masz dość odwagi. - staję przed nią i
rozkładam ramiona.
Dziewczyna upuszcza szkło i odwraca się ode mnie. Nie chce iść do
więzienia, to pewne.
- I co? Tchórzysz? - rzucam zaczepnie.
- Odwal się ode mnie. - warczy i odchodzi.
Zostaję w pokoju sam i zastanawiam się co tak właściwie się wydarzyło.
Taylor jest naprawdę dziwna ostatnim czasem, aż serio zaczynam się jej bać.
Palumbo jest serio charakterna. Niech się lepiej gość boi.
OdpowiedzUsuńA mały Rob to taki słodziak, mimo tego przeklimania - czysty Picker :)
Pozdrawiam.