Siedzę pod ścianą i zastanawiam się nad tym co dalej, gdy przychodzi
do mnie Alex.
- Nie możesz nas zostawić. - oznajmia od wejścia, patrząc na mnie ze
złością.
- Muszę. Odnalazłem po dziesięciu latach swoją prawdziwą miłość i
wiesz co się okazało? Mamy syna. - odpowiadam i wstaję.
- Ale to z nami jesteś i my Cię nie puścimy. - staje w wejściu,
blokując mi drogę.
- Odsuń się smarkaczu. - przesuwam go i schodzę do kuchni. - Co Ty
sobie wyobrażasz? Myślisz, że Alex weźmie mnie na litość i Cię nie zostawię? -
pytam ze złością, trzymając ją za podbródek. - Popatrz na mnie i odpowiedz.
- Nie będę z Tobą rozmawiać. Puść mnie. To boli. - mruga oczami jakby
miała się rozpłakać.
- A ja nie będę z Tobą żyć. - odwracam się od niej.
- Będziesz. Musisz. - szarpie mnie za rękę. - Jeśli myślisz, że
wszystko będzie jak chcesz, to się mylisz. - dodaje i pluje mi w twarz.
Przecieram oczy i wychodzę z domu. Jadę do Reny. Tylko ona jest w stanie
mnie uspokoić.
- Już dobrze Robbie. - Lovelis gładzi moje plecy, przytulając głowę do
mojego ramienia.
- Nic nie jest, kochanie. - spoglądam na nią zapłakany.
- Jest. Ty i ja, razem. To najważniejsze. - muska moje wargi. - Myślę,
że wyjazd gdzieś by nam dobrze zrobi.
- Może snowboard? Nauczył bym młodego. - proponuję, uśmiechając się
lekko.
- To niezły pomysł. - stwierdza.
To bardzo dobry pomysł. Zbliżymy się do siebie i wtedy Rob pozna
prawdę.
- Gdzieś jedziemy? - syn wpada do salonu i siada z mojej drugiej
strony.
- Tak. Wybieramy się na snowboard. - odpowiadam, obejmując go
ramieniem.
- To cudowne! Zawsze chciałem nauczyć się jeździć na snowboardzie. -
rzuca się z entuzjazmem na moją szyję.
Uśmiecham się szczerze. Już niewiele brakuje abyśmy byli szczęśliwą
rodziną.
Wieczorem kładę się obok Reny. Ustalamy jak będzie wyglądał nasz
wyjazd, planujemy wymarzone dni w górach, aż w końcu Lovelis zasypia wtulona we
mnie. Cmokam ją w czoło i sam próbuję zasnąć, ale nie mogę. Tyle się dzisiaj
wydarzyło, że co przymykam oczy, przypomina mi się kłótnia z Taylor i znów je
otwieram przerażony. To naprawdę ciężka noc.
Rano, gdy Rob jest już w szkole, siadamy z Reną w salonie jej domu i
rezerwujemy nocleg w Misich Górach. Nagle rozlega się telefon dziewczyny. Odbiera
go, a po chwili bardzo przejęta, zaczyna szybko się szykować do wyjścia.
- Muszę jechać do szkoły. - oznajmia i wychodzi.
- Jadę z Tobą. - odpieram i wsiadam z nią do samochodu.
W tym momencie dzwoni moja komórka. To Taylor. Nie jestem zbyt chętny
na rozmowy, ale jednak nie odrzucam połączenia.
- Proszę przyjedź do szkoły. Alex pobił się z kolegą. - mówi
roztrzęsiona.
- Niebawem będę. - rzucam i rozłączam się.
Wpadamy z Reną do placówki, a potem do gabinetu dyrektora, gdzie jest
Tay, Alex i Rob. No to się porobiło.
- Może mi ktoś wyjaśnić co tu się stało? - pyta Rena, przytulając
syna.
- Chłopcy pobili się. - zaczyna opowiadać nam co się wydarzyło.
- Słabo mi. - szepta Rob.
- Wyjdę z nim, okay? - zwracam się do Reny i wychodzę z młodym. -
Chodź, obmyjemy twarz. - biorę go za rękę i idę do męskiej toalety.
- Przyczepił się do mnie i powiedział, że jesteś moim tatą. I Cię
obrażał. Nie mogłem na to pozwolić. - przybiera dumną pozę.
- Pokaż buziulkę. - chwytam go delikatnie za podróbek i letnią wodą zmywam
zaschniętą krew.
- A jesteś moim tatą? - pyta, patrząc z wielką nadzieją.
Waham się co odpowiedzieć. Rena nie chciała by tak szybko się
dowiedział, ale chyba nie mogę już tego teraz ukrywać.
- Tak. I żałuję, że zostawiłem twoją mamę wtedy. - odzywam się w
końcu.
- Jest okay. - przytula się do mnie mocno. - Kocham Cię, wiesz. Mimo
wszystko. Ksiądz na religii uczył nas, że trzeba wybaczać i miłować wrogów. -
dodaje, a ja uśmiecham się.
- Też Cię kocham. I twoją mamę też. - kucam przy nim i całuję w czoło.
- Zamieszkam z Wami, nawet dzisiaj.
- Naprawdę? - wlepia we mnie wzrok.
- Naprawdę. - szeptam i czochram mu grzywkę. - Chodź. Mama już czeka.
- podaję mu dłoń i razem idziemy korytarzem do wyjścia.
Jestem tak cholernie szczęśliwy, że wszystko się układa.
Ten mały Rob jest mega słodziutki :)
OdpowiedzUsuńA Robbie nie powinien tak odrzucać Lexa - przecież to prawie jego syn, przywiązał się...
Pozdrawiam.